Jaroslaw Kusza Jaroslaw Kusza

JAROSŁAW KUSZA
reżyser teatralny i filmowy (PWSFTViT w Łodzi)
twórca nowego gatunku artystycznego SZTUKA MROKU
scenariopisarstwo, reżyseria spektakli,
warsztaty parateatralne i rozwoju osobistego

Ważniejsze realizacje

Teatr
niektóre realizacje:
"Antygona" Sofoklesa
"Schulzowisko" wg B. Schulza
"Dziewięćdziesiąty Trzeci" St. Przybyszewskiej
"Kochająca namiętnie-M" wg M. Cwietajewej
"Na pełnym morzu" S.Mrożka
"Pojedynek" A. Bajdżijewa
"Ryszrd III" W. Szekspira
"Wieczór kuglarzy" I. Bergmana

Film:"Panienki"(repr. TVP na międzynarodowym festiwalu filmowym w Lille-Francja
"Skrzynecki"
"Ja sam tu jestem" (o reż. J. Jarockim) i in.

Scenariusze: kilkanaście scenariuszy filmowych

Muzyka: I-sze m. w ogólnopolskim konkursie muz. sakralnej ,muz. filmowa i in.

Wykłady: PWST w Krakowie, aktorskie Studio L\'art w Krakowie, teatrologia UŁ w Łodzi, reżyseria i wydz. aktorski WSSiP w Łodzi i in.

Warsztaty:
- prowadzenie warsztatów w 9 edycjach Europejskiego Funduszu Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych
- w dwóch edycjach Festiwalu Rozwojowego dla Kobiet PROGRESSteron
- stała współpraca ze Stow. Poznaj Samego Siebie, Fundacją BIAŁE GAWRONY i in.



SZTUKA MROKU jest autorskim, nowym gatunkiem sztuki – całkowicie nowatorskim, nie czerpiącym z żadnych precedensów. Koncepcję gatunku budowałem przez wiele lat i obecnie osiągnęła ona sprecyzowaną, dojrzałą formę. Założenia teoretyczne poddawałem wielu praktycznym weryfikacjom i eksperymentom - najważniejsza ich część miała miejsce, przez kilka lat, w Studio Eksperymentalnym SZTUKA MROKU w Łodzi.
Spektakle SZTUKI MROKU rozgrywają się w całkowitej ciemności. Miejscem ich realizacji jest przypominająca labirynt przestrzeń, zabudowana tzw. scenografią dotykową (nieobecna jest zatem scena, widownia itp.). W sytuacji, gdy wyłączony jest zmysł wzroku, kluczową rolę przejmuje rozumiany szeroko, obejmujący dłonie, stopy i całe ciało, zmysł dotyku. Kierując się nim odbiorcy spektaklu odnajdują drogę w przestrzeni, wędrując poprzez kolejne, tworzące akcję i budujące dramaturgię sceny. Olbrzymią rolę odgrywa rozbudowana, otaczająca odbiorców ze wszystkich stron materia dźwiękowa.

WSZYSTKO TO SUMUJE SIĘ WE WRAŻENIU, ŻE PORUSZASZ SIĘ WE WNĘTRZU DRAMATYCZNEJ HISTORII, CZY TEŻ DZIWNEJ BAŚNI, W KTÓREJ SAM JESTEŚ JEDNYM Z BOHATERÓW, ALBO, ŻE WĘDRUJESZ PRZEZ WŁASNY SEN, A JEDNOCZEŚNIE ODCZUWASZ TO NAPRAWDĘ.


Zainteresowanych tematem proszę o kontakt.




PONIŻEJ
wybrane artykuły opublikowane w czasopiśmie MODA&STYL



Jarosław Kusza
ŹLE O SZTUCE

Artykuł opublikowany w kwartalniku MODA&STYL jesień 2006 r.

Sztuka powinna otaczać człowieka troską i czułością. Powinna być blisko skóry, być jak kalesony, jak pies u nogi.
Człowiekowi, który jest w zbyt małym stopniu autorem planu swojego życia, którego kształtuje w niewspółmiernie dużym stopniu to, co pochodzi z zewnątrz w stosunku do tego, co jest jego autorstwa, który jest niemal całodobowo widzem, słuchaczem, odbiorcą, konsumentem, widzem, słuchaczem... więc wobec takiego człowieka sztuka, jakkolwiek byłaby genialna, posiada tę wadę, że również przychodzi z zewnątrz, że jest – nie wyłącznie, ale także – treningiem podporządkowania, udostępniania swojej emocjonalności komuś innemu. Te wspaniałe pożary wzniecone przez kogoś innego – autora czy wykonawcę – tworzą iluzję, iż jest to własna moc odbiorcy i jego własna temperatura – a po godzinie często zostaje popiół, a poczucie swoistego autorstwa tych przeżyć, ich wielkiego wymiaru, który w rzeczywistości zaindukował nam ktoś inny - też okazuje się iluzją.
Przy takim, jakie mamy zagęszczeniu medialnego bombardowania fikcją, tym, co-nie-jest-życiem może dojść i moim zdaniem dochodzi u odbiorców do osłabienia poczucia rzeczywistości, do zagubienia kryteriów, jak odróżnić prawdziwego wielbłąda od fata morgany. Jeżeli rolą sztuki jest troska o kondycję człowieka, także w nowych okolicznościach i wobec nowych zagrożeń, polegać może ona także na budzeniu osłabionego „ja” i chronieniu podmiotowości odbiorcy, ponieważ produkty kultury dzięki swej wabiącej mocy i dostępności naruszają instynkt samozachowawczy człowieka: pełnia przeżyć czy piękno bywają tak odległe, tak trudne, tak rzadko, tak przytłoczone i tak zagrożone, a tu – pod ręką, osiągalne za pomocą pilota, szybkie i z gwarancją.
Otaczająca nas cywilizacja imponująca osiągnięciami, brawurowa i rozpędzona, może nawet rozjuszona – ma wszelako tę właściwość, że całą swoją energię ukierunkowuje na świat otaczający, pozostawiając konkretnego człowieka, powiedzmy, mnie, samego, owszem, przeszkolonego profesjonalnie w obsłudze tego, co zewnętrzne, nie nadaje zaś wagi i pozostawia bez objaśnienia obszar dla mnie najważniejszy, dotyczący moich mechanizmów wewnętrznych i rozeznania we własnej mapie emocjonalnej z wszystkimi tego konsekwencjami.
Moja złożoność wewnętrzna, być może nie mniejsza od złożoności komórki, odkurzacza czy komputera, nie spotyka się z taką uwagą, z ogromną pasją poznawczą, nie jest przedmiotem niczyich dociekań, nie jest źródłem porównywalnych wzruszeń.
Należałoby zatem sądzić, że człowiekowi, jeżeli nie przejechanemu, to przynajmniej potrąconemu przez maszynę cywilizacyjną, na pewno i jak zwykle niezawodnie, pomoże sztuka.
Brzmi to jak paradoks, nonsens, absurd, ale sztuka w takim kształcie, w jakim funkcjonuje obecnie, wpisuje się w poczet zagrożeń cywilizacyjnych. Człowiekowi, który stał się trybikiem maszyny cywilizacyjnej i którego definiuje o wiele bardziej jego rola społeczna, niż jego własne „ja”, dla którego ważniejsza jest wiedza niż mądrość, którego, aby funkcjonował i przetrwał, bardziej absorbuje spełnianie cudzych oczekiwań, jaki powinien być, niż to, jaki jest, który napina się intelektualnie, a nie dociera do podstawowych emocji, który, przy kontrakcie o pracę przyjmuje również normy etyczne i, co może być gorsze, także standard mentalny i gust pracodawcy, który stał się zadyszanym wioślarzem na galerze społecznej - takiemu więc człowiekowi potrzebne jest nasilenie jego własnej tożsamości, obudzenie bogactwa wewnętrznego, niezależności i piękna po jego stronie, a nie przykładowo, po stronie ekranu kinowego, nasilenie w nim tego, co jest jednostkowe i niepowtarzalne. Potrzebne mu jest wzmożenie jego realnego istnienia, jego upięknienie i uwznioślenie, rozbudzenie, można powiedzieć natchnienia po stronie odbiorcy a nie autora. Chodzi więc o zorganizowanie takiemu człowiekowi chwil, w których odnajdzie swoją wewnętrzną – należącą do jego świata - postać metafizyki i poezji.
Ja bym chciał, żeby sztuka w moim pełnym smutków i lęków życiu nie tylko opowiadała o nich, dawała im wyraz i zwierciadlane czy poetyckie odbicie, stanowiła komentarz czy kanwę dla przenikliwych dramatów albo dla libretta operowego, czy też inspirację dla instalacji przestrzennej z występem performera w środku, bądź by powstała zainspirowana moją niedolą improwizacja na dęty instrument, partia chóru, czy pogłębiona opowieść prozatorska – lecz by sztuka dostarczyła mi poruszającej metafizycznej przygody, bym doświadczył tych przeżyć, których obiektywnie nie mogę doznać z pozycji fotela - w kinie czy w filharmonii, w nierównoprawnej relacji z autorem, słuchając jego wspaniałego monologu, na który jednak nie mogę odpowiedzieć i który paradoksalnie zagraża mojej podmiotowości, mojej immunologii.
Witold Gombrowicz pisze, że każdy człowiek może opisać swój świat wewnętrzny tylko w swoim wewnętrznym języku i tylko on jest tworzywem, z którego możemy budować nasz własny świat, tylko ten język naprawdę rozumiemy. Słowa pochodzące z zewnątrz komunikują się z nami tylko pozornie lub płytko, tworzą za to ogrom nieporozumień i iluzji co do tej komunikacji.
Bogactwo kultury powinno zatem znaleźć zrównoważenie w prywatnym bogactwie wewnętrznym, nie pokazywanym na festiwalach, nigdzie nie eksponowanym i nie będącym przedmiotem komentarzy krytyków. Osoba ludzka słabnie i ugina się jako ona sama, jako konkretny człowiek pod ciężarem i jakością nie osiągalnego dla jednostki dorobku zbiorowości, czyli otaczającej nas, czy też można powiedzieć, osaczającej kultury. Piękno i perfekcja oglądanego utworu sąsiaduje z brzydotą i niedojrzałością tego, który ogląda. Całe bogactwo sztuki może spełnić swoją społeczną rolę, gdy będzie w harmonii z bogactwem i pełnią bezpośrednio doznawanego życia, gdy nie stanie się ono protezą, choćby najpiękniejszą, w dobrej, czy złej wierze to życie zastępującą, gdy nie będzie osłabiać w zbiorowej świadomości znaczenia słowa rzeczywistość, nie będzie podszywać się pod nią, nie będzie obniżać związanych z nią doznań – bo to rzeczywistość jest ojczyzną ludzi. Mało tego, sztuka mogłaby stymulować przebudzenie, wzrastanie tego nieznanego autorom i krytykom wewnętrznego kosmosu odbiorców wraz z jego tajemnicami, metafizyką i ukrytym wewnątrz poszczególnego ludzkiego losu potencjałem. Dziesięć istniejących dotąd muz pracuje dla kultury. Wyczuwalny jest deficyt jedenastej, dwunastej i trzynastej muzy, które udostępniłyby ludziom inną, nieznaną wersję obcowania ze sztuką, która pozwoliłaby im odnaleźć ją w sobie samych.
Zadaniem niełatwym, ale pasjonującym dla tych nowych muz byłoby
przekroczenie, uznawanej przez wielu za nieprzekraczalną granicy między doznaniem artystycznym a doznaniem życiowym, a także
włączenie w przeżycie artystyczne znacznie większej ilości elementów osobowościowych odbiorcy, jego wewnętrznego bagażu, dorobku, wrażliwości, tajemnic, potencjałów, a także - dopełnienie dominującego dziś modelu widzę – myślę, modelem dotykam – czuję. Nie jest to abstrakcją - wszystkie te zagadnienia i wiele innych, zupełnie nowych rozwiązań, znajduje potwierdzenie w praktyce moich doświadczeń - są one wykonalne, nośne, a także otwierają nieznane, niezwykłe perspektywy, przekonałem się o tym w trakcie moich prac nad nowym gatunkiem artystycznym, który nazwałem Sztuką Mroku (pisałem o tym szerzej w pierwszym numerze Mody&Stylu).
Jego podstawową strukturą jest labirynt, w którym panuje całkowita ciemność, a zapełnia go rozbudowana, specjalnie skonstruowana tzw. scenografia dotykowa. Warunki takie powodują przeniesienie potencjału percepcyjnego ze wzroku na inne zmysły, przede wszystkim na dotyk. Uczestnicy spektaklu znajdują się w niezwykłej, nigdy dotąd nie doznawanej sytuacji psychicznej i emocjonalnej, uruchamiają się głębokie rewiry ich wyobraźni, ich wewnętrzne „zapisy emocjonalne”, do głosu dochodzi aktywność, pozwalająca w wędrówce przez labirynt wyrażać we własny sposób przeżywane emocje. Towarzyszy temu specyficzna, dostosowana do gatunku warstwa dźwiękowa, zaś wszystko sumuje się we wrażeniu, że poruszamy się we wnętrzu dramatycznej historii, czy też dziwnej baśni, której w pewnym stopniu sami jesteśmy bohaterami, albo, że wędrujemy przez własny sen, a jednocześnie odczuwamy to naprawdę...
Dramaturgia, którą przygotował autor, łączy się i miesza z nieznaną mu i niezależną od niego dramaturgią wewnętrzną odbiorcy, a zaistnienie indywidualnego, wewnętrznego języka odbiorców i ich intymnego, osobistego procesu twórczego staje się faktem.
Jarosław Kusza


-------------------------------------------------


Jarosław Kusza

W CZELUŚCI CZŁOWIEKA, CZYLI NAJWAŻNIEJSZE JEST POD SPODEM

Artykuł opublikowany w kwartalniku „Moda & Styl” nr 4 , 2004 r.

Im głębiej w czeluści człowieka, tym ciekawiej i prawdziwiej.
Taka pewność, najpierw intuicyjna, a potem nieustannie potwierdzana praktycznie, stała się podstawą, świadomą lub nie, wszystkich moich działań artystycznych. Myślę też, że to recepta uniwersalna, szczególnie, jeżeli zdawać sobie sprawę, że twórczość, to niekoniecznie pędzel, nuty, poszukiwanie frazy czy rymu w ostatniej zwrotce - nie musi być ona związana z domeną sztuk, bowiem możliwości wyrażania siebie wyłaniają się zawsze, gdy pozwalamy sobie zapomnieć o rzeczywistości, zstępujemy w głąb siebie i w którymś momencie łapiemy się na tym, że pojawiła się jakaś ekscytacja i nieświadomie uśmiechamy się do siebie... A to prawie akt twórczy.
Kto umie się najszczerzej i najpiękniej do siebie uśmiechać? Dziecko.
Gdy dorastamy, dziecko to, zwane przez psychologów „wewnętrznym”, nadal mieszka w nas, ale jego głos z trudem przedostaje się na powierzchnię, czasem stuka, dobija się, ale nie mamy ochoty lub nie umiemy go usłyszeć. Jednak bez tej najwrażliwszej części naszego „ja”, wiedzącej najlepiej, czego nam trzeba, mającej dostęp do depozytu naszych największych skarbów wewnętrznych, a przy tym wolnej od rutyny dorosłości – nie da się być twórczym. Ktokolwiek zatem pośród codziennego zamętu zapragnął usłyszeć siebie, obudzić swą indywidualność, niepowtarzalność, swój twórczy potencjał i doświadczyć pasji i radości wyrażania go - bez względu na to, czy jest ekonomistką, inżynierem, czy ekspedientką - musi ruszać w głąb siebie na poszukiwanie „złotego runa”, którym jest zapomniany mieszkaniec osobowości – „dziecko wewnętrzne”. To oczywiście pojęcie umowne – symbolizuje ono dostęp do własnej odrębności, niepowtarzalnej harmonii i wewnętrznego rytmu każdego człowieka, także spontaniczności i radości tworzenia.
Twórczość, to chwila, kiedy masz wrażenie, że to Pan Bóg pisze tobą, jak długopisem, że jesteś medium jakichś podstawowych prawd i sił. Prawd, o których mowa, nie trzeba z nikim konsultować, ani potwierdzać u autorytetów – nie ma ich nigdzie poza tobą.
Takie pojmowanie mechanizmów twórczych stało się kanwą wszystkich moich działań zawodowych i artystycznych: w teatrze (szczególnie w odniesieniu do pracy z aktorem), w sferze teorii i praktyki prowadzonych przeze mnie od lat warsztatów parateatralnych, a także w moich doświadczeniach z nowym, autorskim gatunkiem twórczym, który nazwałem Sztuką Mroku.

W TEATRZE
Praca z aktorem uruchamia kilka rzeczywistości, a każda jest bezdenna. Pracując nad tekstem Czechowa, Przybyszewskiej, czy Szekspira i chcąc sobie z nim poradzić, trzeba naruszyć nietykalność tych mistrzów, psychiczną i prawie, że cielesną... zbliżyć się do nich, ale nie do ich majestatu, tylko do tych zmiennych, ludzkich chwil, emocji i towarzyszących im rozjaśnień, kiedy rodzi się scena. To „bycie obecnym” w momencie wyłaniania się postaci, empatia, prawie współobecność w chwili, gdy najpierw jest tylko jakaś namiętność, jakaś konieczność i nacisk motywacji – to, dla zrozumienia zadań stojących przed aktorem, rzecz o wiele ważniejsza, niż obserwowanie finalnych objawów i zachowań „gotowej już” postaci. Jednocześnie, jaka to przygoda, takie zbliżenie się, spoufalenie z ludźmi, z autorami takiego formatu. Jakie poczucie uprawnionej czy nieuprawnionej wspólnoty, wrażenie, że się z nimi rozmawia, że się uczy od nich, a jednocześnie ma się ochotę, by im coś z serca doradzić, bo są zagubieni, a ja wiem lepiej od nich... Do tej poufałości, do tego wtajemniczenia reżyser musi też zaprosić aktora. Nie zawsze zaprosić - czasem zapędzić, sterroryzować lub uwieść.
Teraz oczekuje kolejna głębia, następna tajemnica – osobowość aktora. Mocą dziwnego uprawnienia, jakie daje teatr, aktor, jego wnętrze, prywatność, są nieustannie naruszane, prowokowane, prześwietlane, nękane, aż, za cenę bólu pomieszanego z natchnieniem, zabłyśnie coś prawdziwego. W efekcie tych „włamań” do psychiki obydwóch - dramaturga i aktora, podczas żywego, doznawanego obcowania z ich wewnętrzną regułą i porządkiem, czasem przychodzi wrażenie, że przekroczona jest psychologia indywidualna tych ludzi, że jesteśmy u źródeł czegoś uniwersalnego, podstawowego, dzięki czemu nie tylko ten człowiek, ale i cały świat staje się prostszy i możliwy do objaśnienia.
Towstonogow, wybitny rosyjski reżyser mawiał: ”próba – moja miłość”. Ludzie teatru znają to doskonale – że te wszystkie bitwy, dociekania, zmagania, żeby w końcu z działań scenicznych i słów wydestylowała się prawda – wciągają, zachwycają, tworzą autonomiczny świat, dom z którego nie chce się wyjść, bo się odczuwa, że jest on lepszy i piękniejszy od tego wszystkiego na zewnątrz. Pojawia się poczucie wtajemniczenia, a także pełne melancholii i dystansu spojrzenie na świat zewnętrzny, gdzie zmęczeni, zadyszani zawodnicy grają w rywalizację, w stan konta, w sukces. W którejś godzinie próby pojawia się chwila lekkości, mówienie prawdy, każdej prawdy staje się łatwe, „ja czuję” przestaje być czymś odmiennym od „ja myślę”. Premiera, sukces też są ważne, ale z tej perspektywy należą do innego przekroju, innej rzeczywistości. „Dziecko wewnętrzne” chce być kochane, a nie oklaskiwane.


WARSZTATY PARATEATRALNE
Nie tylko praca warsztatowa z aktorami, czy studentami szkół teatralnych, ale i z zupełnie „cywilnymi” osobami wskazuje, że „otwieranie”, poszukiwanie źródeł swoich emocji, docieranie do „dziecka wewnętrznego” wraz z jego twórczym potencjałem, są to sprawy pierwszej potrzeby: jest to bowiem nauka bycia sobą, pomoc w samorealizacji i docieraniu do bogactwa swojej odrębności, także, nauka elementarnych relacji ludzko ludzkich, bez których trudno sobie radzić na świecie.
Z czasem, jeżdżąc po całej Polsce i odbywając niezliczone ilości zajęć warsztatowych, obok ćwiczeń klasycznych zacząłem wytwarzać także własne ścieżki i sposoby, by chytrze lub naiwnie docierać do człowieka, stałem się zupełnie niezłym „włamywaczem”, a chyba nawet smakoszem takiego przegryzania się przez osłony, fasady i futerały, które tak nam ciążą, tyle nam zabierają, a których jednocześnie rękami i nogami bronimy. W istocie bardzo polubiłem tę „nagość” pod spodem... ten komfort przebywania w świecie doznawanym, rodzącym się „tu i teraz”, przy wrażliwej współobecności innych osób, inicjatorów, dawców, biorców i świadków przeżywanych emocji.
W odróżnieniu od psychologów, na których treningi przychodzą na ogół osoby o statusie pacjenta, w moich zajęciach uczestniczą ludzie, którzy nominalnie nie oczekują pomocy, kierują się bowiem innymi celami, np. wynikającymi z ich twórczych aspiracji. Szybko jednak i ponad wszelką wątpliwość uzyskałem pewność, że każdych dowolnie wytypowanych dziesięć osób, czy to spośród chórzystek w filharmonii, dziarskich biznesmenów, czy też wystających przed sklepem w Pabianicach, okazuje się być grupą ludzi zagubionych, nie rozumiejących siebie i innych i wołających (albo, co gorzej, nie wołających) o pilną pomoc.
Znaczną, może przeważającą część moich ćwiczeń warsztatowych oparłem na dotyku. Jakże wiele on o ludziach mówi, jakie potrafi wzbudzać iskierki wzruszenia i zachwytu, jakie martwe pola, będące w uśpieniu obszary psychiczne potrafi ominąć, by wysłać autentyczne, wrażliwe sygnały - często niezgodne, a nawet sprzeczne z obrazem, jaki człowiek (z wysiłkiem wartym lepszej sprawy) podtrzymuje i pielęgnuje. Dotyk ujawnia też, z jak grubą skorupą mamy do czynienia. Ćwiczenia takie odsłaniają też dotkliwy deficyt dotyku, jasno pokazują, że jesteśmy „na głodzie” w takim sposobie komunikowania się i dzielenia emocjami. Bardzo sprawni i „gadatliwi” w świecie społecznym, w sferze dotyku często żyjemy w spłoszonym, surowym milczeniu, czasem, znieczuleniu, bądź przyjmuje on postać agresywną. Ludzko – ludzki dotyk jest dzisiaj wyspecjalizowany, koncesjonowany - może być wykonywany w wyznaczonym miejscu i czasie przez określoną osobę, mającą uprawnienia, można powiedzieć, mocne „alibi”, by nas dotykać. Pozostałe dotyki wydają się nam niepotrzebne, niepożądane, nie interesują nas lub wiążą się z poczuciem winy. Potrzeby naszego „dziecka wewnętrznego” są jednak całkowicie inne...


SZTUKA MROKU
Pasjonując się ludzkim „podziemiem”, zacząłem coraz bardziej upatrywać adresata działań artystycznych nie tylko w sferze intelektu i kulturalnej wrażliwości odbiorców, ale gdzieś niżej, głębiej. To mocny zew, któremu towarzyszy poczucie zasadności i wagi takich poszukiwań, mówiąc szczerze, uważam je za trafione w punkt, zbawienne i pilne, owszem, wierzę w misję takich działań... Tak więc, wspiąłem się piętro wyżej (a konkretnie, niżej) i zacząłem budować zręby mojej bardzo ważnej przygody, związanej z tworzeniem nowego gatunku artystycznego, który nazwałem Sztuką Mroku.
Obok zastosowania zwykłych surowców, z których korzysta sztuka, domeną nowego gatunku są instynkty, atawizmy, reliktowe rytmy ciała, „podziemne” natchnienia i objawienia wyobraźni (na równych prawach: odbiorców i autora). Chodzi także o włączenie w utwór i odsłonięcie ludzkiego bogactwa przedintelektualnego i przedmoralnego, dotarcie do człowieka jeszcze „nie przyprawionego”, wsłuchanie się w pełnię i wyrafinowanie naszej natury. Wiąże się to z wyobrażeniem sztuki rozgrywającej się „poniżej” kultury (przy okazji, co za podniecający rozwód tych od zawsze zrośniętych ze sobą pojęć) i prowadzi na następne rozdroże: absorbować umysł człowieka – a – absorbować człowieka, adresować do umysłu, czy adresować do człowieka. Zauważenie tej sprzeczności, wyciągnięcie z niej wszelkich konsekwencji może być bardzo owocne, także dlatego, że prowadzi do wynalezienia i zastosowania zupełnie nowych środków artystycznego wyrazu i nie stosowanych dotąd bodźców
i sposobów warsztatowych.
Jest więc w tych poszukiwaniach głód znalezienia podstawowego wspólnego mianownika, jakiejś najgłębszej alchemii międzyludzkiej, wcześniejszej, bardziej realnie w nas istniejącej i bardziej poważnej, niż kultura...
Intencją wszystkich opisywanych powyżej działań jest więc poszukiwanie autentyczności, spontaniczności i, jakby to powiedzieć, sedna... Także, znajomości ze sobą samym i akceptacji siebie. Dopiero ta niezwykła, cudowna przyjemność bycia sobą, słuch na „muzykę”, płynącą z głębi własnego wnętrza i ochota, by być, zawsze, dyrygentem tej muzyki, pozwala działać sensownie i bywać szczęśliwym. I wtedy też, niepostrzeżenie okazujemy się twórczy, zdolni, robimy właściwe rzeczy we właściwym miejscu, trudne problemy upraszczają się, zaczynają kręcić się koło nas właściwe osoby (które od lat były nie wiadomo, gdzie), a banalna praca okazuje się ważna, potrzebna i wzbudza niezwykły podziw otoczenia. Wtedy może się zdarzyć, że napiszesz kilka linijek, które cię wzruszą albo rozbawią, bez względu na to, co powiedzą o nich inni, wyjmiesz z szafy jakąś szmatkę i w tej kreacji bardzo spodobasz się sobie, że pomilczysz sama ze sobą i to będzie ważny dla twojego rozwoju moment... Ale droga do wolności nie jest łatwa ani prosta, można ją przebyć łatwiej i z lepszym skutkiem z drugim człowiekiem, towarzyszem wędrówki, przewodnikiem, czy też w grupie warsztatowej.
A kiedy nauczysz się docierać w głąb siebie, jednocześnie stanie się możliwe wypełnianie i przekraczanie twoich twórczych i życiowych potencjałów, a świat stanie się bardziej pasjonujący, łatwiejszy i bardziej życzliwy.
Jarosław Kusza

----------------------------------------------

Jarosław Kusza

KŁÓTNIA

Artykuł opublikowany w kwartalniku MODA&STYL lato 2006 R.

Mam się za osobę kulturalną w szerokim i głębokim rozumieniu tego słowa. A jednak, gdy dochodzi do istotnej konfrontacji z życiem, z rzeczywistością w jej surowej, niezagłaskanej postaci - zawodzę.
Przykładem takiej sytuacji jest kłótnia.

Kłótnia portretuje mnie lepiej i adekwatniej, niż oczytanie w Hermannie Hesse, czy obecność na premierach. W jej trakcie – skąd się to bierze u kogoś na moim poziomie? – nagle ujawniam dzikość, swoiste prostactwo, także bezradność i barbarzyńskie odruchy… Czemu drodzy moi pisarze, czy też kochani Zygmunt Konieczny i Ewa Demarczyk pozostawiają mnie samego, gdy atakuje mnie pani Tomasik, gdzie są, gdy to ja z furią atakuję kogoś z rodziny? Czemu nie chronią mnie przed klapą i katastrofą?
Zastanowiłem się więc, czego nie czynię, jakiego ważnego egzaminu nie zdaję?
Jakie są moje zaniechania, czy inaczej, co powinienem – aspirując do dojrzałości i kultury – robić w sytuacji kłótni?
Otóż, powinienem…
WYSŁUCHAĆ WYPOWIEDZI PARTNERA - CHOĆBY PEŁNEJ FURII I ŻALU - DO KOŃCA
Drugi człowiek wyraża wobec mnie swoje gniewne emocje i jakiekolwiek by one nie były, zasługują na uwagę (z bliźnim trzeba być na dobre i na złe, a nie tylko na dobre, na łatwe i trudne, a nie tylko na łatwe). Urażony rozmówca prędzej czy później zarejestruje, że jest zauważony i słuchany. Już samo to miarkuje go, selekcjonuje jego argumenty na korzyść rzetelniejszych i jego ekspresję w kierunku mniej agresywnej.
Wysłuchanie do końca pozwoli mi wychwycić istotną przyczynę wybuchu, która z reguły jest inna i głębsza, niż ta bezpośrednio wyrażana, z czego agresor niekoniecznie musi zdawać sobie sprawę, a moje włączenie się w awanturę i zaangażowanie się w temat pozorny, a w istocie zastępczy robi również ze mnie durnia i niewrażliwego barbarzyńcę i nasila absurdalność i nierozwiązywalność konfliktu.
NIE UKŁADAĆ (W MYŚLACH) REPLIKI, DOPÓKI DRUGA STRONA NIE SKOŃCZY WYPOWIEDZI
Kiedy układasz replikę, nie możesz jednocześnie z uwagą wysłuchać argumentów drugiej strony - często kogoś bliskiego, bądź człowieka, wobec którego w płaszczyźnie świadomej i oficjalnej deklarujesz szczerze, że go szanujesz a nawet kochasz.
Układanie repliki w trakcie cudzej wypowiedzi oznacza, że nie szanujesz partnera, że masz go w nosie i że jako strona kłótni zmierzasz do szybkiego zniszczenia drugiej strony i możliwie głębokiego zranienia rozmówcy, a przecież to mąż, żona, córka. W istocie zatem zachowując dobre samopoczucie, wynikające z przekonania, że jestem kulturalny, pozbawiam partnera jakiejkolwiek racji, cała racja jest przy mnie. Nie ma złożoności spraw, nie ma wyważenia, nie ma kompromisu. Jest potrzeba szybkiego wstrzyknięcia jadu. Ja się nawet nie mogę doczekać swojego „wejścia”, owego „teraz ja ci powiem, co myślę”. Znaczy to także, że akceptuję narastającą w sobie złość i agresję, jako właściwy stan emocjonalny, wraz z odpowiadającymi mu bezwzględnymi środkami wyrazu, że wgląd w siebie, dystans do siebie, oczywisty fakt, że i ja bywam w błędzie i mówię i robię rzeczy idiotyczne – odrzucam i nie dopuszczam do świadomości.
ODRÓŻNIĆ TO, CO RZECZOWE, CO MERYTORYCZNE W WYPOWIEDZI PARTNERA OD JEGO EMOCJI
Nawet człowiek, który rzuca we mnie przedmiotami, albo jest niedomyty, nietrzeźwy i trudni się kradzieżami, może mieć fragment racji albo i całą rację, a jego punkt widzenia może być głębszy i uczciwszy od mojego. Mój trud powinien polegać na przebiciu się przez złe emocje tej osoby, czy też przez moją do niej niechęć i odczytanie tego, co w jej wypowiedzi jest prawdą.
PRÓBOWAĆ PRZENIKNĄĆ POZORY I TEMATY ZASTĘPCZE, ABY ZORIENTOWAĆ SIĘ, CO JEST PRAWDZIWĄ PRZYCZYNĄ WYBUCHU
Większość wywołujących kryzysy czy duże napięcia zdarzeń, to „puszczone głośniej” zdarzenia archaiczne, repliki starych urazów z dzieciństwa. Toteż próby rozwikłania komplikacji i dramatów dorosłego życia w ich obecnej konfiguracji są zajęciem jałowym. Nasz mechanizm życiowy ma skłonność do odtwarzania wciąż tych samych usterek. A gdy pojawiają się duże, niekontrolowane emocje, to już na pewno władzę nad nami przejęło zranione, wewnętrzne dziecko.
NIE MIESZAĆ JEGO (JEJ) PRETENSJI Z MOIMI. TO DWA RÓŻNE TEMATY
Doprawdy, nie trzeba dużego wyrafinowania intelektualnego, by to rozumieć. A jednak w dziewięćdziesięciu procentach kłótni czyjaś argumentacja jest przerywana kontratakiem na zupełnie inny, absurdalnie nieadekwatny temat. Sensowne, choć trudne byłoby natomiast takie załatwienie sprawy: „Ponieważ, co łatwo zrozumieć, twój atak na mnie wzbudził i we mnie emocje i nasilił także moje pretensje, więc rezerwuję sobie inny dzień, odległy od dzisiejszego, by uzyskać spokój i dystans od dzisiejszych zdarzeń i wtedy ja będę atakować i wyrażać swoje pretensje, a ty z uwagą, w dobrej wierze słuchać.
CZY W OGÓLE UMIESZ KOMUŚ POWIEDZIEĆ: TAK, MASZ RACJĘ
I powiedzieć tak nie z powodów taktycznych, dla świętego spokoju, czy dla zagłaskania. I rozważyć, czy ta gotowość przyznawania racji jest otwarta na wszystko, co w życiu robisz, dotyczy wszystkich twoich działań, zachowań i emocji - czy może są te „do negocjacji” i te niedotykalne?
Powinienem jeszcze…
… nie odwoływać się do minionych zdarzeń, jako argumentów. Problem da się rozwiązać tylko tu i teraz.
Pamiętać, że agresja, to maska lęku. Odczytać, przezierające przez gniew cierpienie w sercu i w oczach partnera.
Nie używać słów zawsze – nigdy, bo zawierają one szyfr generalnej nieakceptacji partnera, odrzucenia go, są synonimem komunikatu: nie kocham cię.
Nie być stroną w konflikcie. Bardziej polubić prawdę o danej sytuacji, niż związany z nią mój interes. Wyższa szkoła jazdy.
Mówić, co czuję, ale nie oceniać. Uważać, by to komunikowanie o uczuciach nie było histeryczną prowokacją. Mówić o swoich uczuciach, a nie komentować cudzych.
Odróżnić agresję, czy histerię, wyrażające zadawnione mechanizmy lękowe - od gniewu, który wyraża rzetelnie, bezpośrednio temat konfliktu i towarzyszące mu emocje…

Wiele słyszy się o uwalniających, oczyszczających walorach kłótni, że te wybuchy rozładowują nagromadzone emocje, stłumienia, folgują nazbyt nagromadzonym stresom. Wydaje mi się to możliwe tylko u osób, które w ogóle doświadczają komunikacji pomiędzy sobą, które autentycznie słuchają rozmówcy, odczytują jego wyraz twarzy i oczu, umieją być przez chwilę tym drugim, nawet w chwili jego głębokich, negatywnych emocji, które doświadczają empatii w stany tej drugiej osoby, można powiedzieć rutynowo, codziennie. Wtedy wszystko jedno, czy to jest kłótnia, czy normalna rozmowa. Istotny jest przepływ, nie zafałszowana obustronna komunikacja przenosząca to, co w emocjach prawdziwe i głębokie, a nie neurotyczno – agresywny metajęzyk.
Taka dobra kłótnia odrzuca podstawione, zastępcze tematy i jest zawsze na ten sam temat: chciałbym być bliżej ciebie, chciałbym przekroczyć oddzielenie pomiędzy mną a tobą, szanuję cię, a może kocham, niech będzie patetycznie, kocham twój trud istnienia, wyrażony roztrzęsionymi rękami, podniesionym głosem, głupimi argumentami i chcę, żebyś ty też tak mnie kochał i tak traktował.
Ale to jest już całkiem inna kultura, niż ta, w której jestem zręczny i dosyć profesjonalny.
Jarosław Kusza
_________________________________________________



Jarosław Kusza

KAMELEON
czyli, czy przyjmować kolor liścia, na którym siadamy

Artykuł opublikowany w kwartalniku MODA&STYL wiosna 2006 r.


Czujemy, że nasze twarze są zbyt przeźroczyste, że każdy może zajrzeć do środka i obojętnie albo i z satysfakcją gapić się na naszą kruchość, cierpienie albo skrywane pragnienie i, jakby brudną ręką, prostackim spojrzeniem dotykać rzeczy dla nas ważnych i świętych.
Opanowujemy więc przez lata umiejętność „uszczelniania” twarzy, czynienia jej nieprzeniknioną, ale to za mało, stopniowo dochodzimy do wniosku, że aby poczuć się bezpiecznie, dobrze jest nie wyodrębniać się, a więc uczymy się przystosowywania, wtapiania w tło, zręcznego nadawania naszej twarzy wyrazu odpowiadającego wymaganiom, oczekiwaniom i okolicznościom.
Gdy więc to stosowne, nasza twarz wyraża smutek, gniew lub współczucie, jesteśmy głębocy wśród ludzi głębokich, bezpośredni wśród bezpośrednich, w rubaszny humor wpadamy, gdy jego brak mógłby, niepotrzebnie, wyróżnić nas, czy skierować na nas uwagę otoczenia, zaś w kontaktach z osobami ważnymi, groźnymi, lub takimi, od których zależy nasz los, na naszych twarzach pojawiają się dyskretne, ale odpowiednio zauważalne sygnały szczerej sympatii, połączonej z podziwem i domieszką pokory.
CHAMAELEO VERRUCOSUS (kameleon) też nie chce być zjedzony przez coś większego, ani mieć innych, zbędnych przykrości. Siadając na suchym liściu, robi się pomarszczony, zielenieje wiosną, purpurowieje na krzewie o kwiatach tej barwy, zaś na pniu robi się bury, bo taki jest pień. Zmienia też barwę z przestrachu i podniecenia, zaś pokonany przez przeciwnika traci własny kolor, a po chwili jego ciało przyjmuje ubarwienie zwycięzcy.
Wybitny psycholog amerykański Alexander Lowen opisuje taki mechanizm: nasz lęk, ten jakże częsty, związany z nieakceptacją siebie samego powoduje, że nie potrafimy prezentować na zewnątrz, a więc i ofiarowywać innym rzeczywistego obrazu siebie, a więc swoich prawdziwych myśli, emocji i uczuć.
Nie potrafimy, gdyż nie kochając siebie samego (a my, ludzie cywilizacji, co do jednego nie kochamy siebie samego) sądzimy, że odsłonięcie kurtynki, okrywającej nasze wnętrze uwidoczniłoby obraz marny, kompromitujący, rozczarowujący, zapewne też haniebny, ośmieszający, także żałosny, żenujący, zupełnie nie spełniający oczekiwań, nie wytrzymujący porównań, nie wypełniający norm i gabarytów, do dyskwalifikacji już w eliminacjach.
By zapobiec takiemu odstręczającemu widowisku, od wczesnych lat, z dużym nakładem starań, a nawet z pasją, preparujemy fasadę, sztuczną elewację naszego „ja”, która ma nam przynieść podziw otoczenia i skuteczność w międzyludzkich rozgrywkach. Tę wykreowaną fasadę Lowen nazywa „obrazem”.
Problem w tym, że „obraz” ma tę właściwość, że przez lata kumuluje, nasila czy też wydestylowuje wszystkie te cechy i właściwości, które nie są nami, które są zaprzeczeniem i odwrotnością prawdziwego „ja”. Ponadto, jak każda podmalowana dykta, nasz „obraz” niewiele czuje, nie umie być radosny, nie potrafi kochać.
Izoluje to, i tak już samotnego właściciela „obrazu” od ludzi co bardziej żywych i autentycznych, a przyciąga, nieuchronnie, jemu podobnych. Trudno im dotrzeć do siebie i porozumieć się, gdyż reguły „obrazu” dotyczą także używanych słów, konstrukcji myślowych, idei. Taki język jest często wyrafinowany i zaawansowany, tyle, że oderwany od tej naprawdę doznawanej rzeczywistości, a wszystko opiera się na konwencji, jest pełne pozoru i znieruchomiałe – cóż, magazyn dekoracji. Dodać warto, że obserwacjom zbliżonej problematyki poświęcili znaczną część swojej twórczości W. Gombrowicz i G. Orwell.
Kultywowanie „obrazu” wymaga ponadto ciągłej harówki i czujności (a więc i ciągłego niepokoju), gdyż wzorzec społeczny, do którego trzeba się dostosować, w odróżnieniu od istotniejszych ludzkich wartości, jest sezonowy, stale ewoluuje, wytwarza nowe bańki mydlane, bywa produktem bezwładu społecznego, komercyjnej kalkulacji, bądź cynizmu różnych właścicieli świadomości zbiorowej. Witkacy określał to: „Trzeba wiedzieć, w jakiej zupie cię gotują”.
Czy więc w żadnym razie nie wolno, nie warto doświadczać swoich innych wcieleń, innych wersji? Warto. Ale tam, gdzie odróżniamy, co jest grą, a co nią nie jest, a także wtedy, gdy rola, iluzja, przebranie nie przenikają, nie „wsiąkają” zbyt głęboko w naszą osobowość.
Oddajmy to, co płytkie, naszym płyciznom (są ważne), a co głębokie, głębinom.
Niech panie budzą w sercach wrzenie, występując w rolach demonów, egzystencjalnych okularnic, księżniczek albo potrząsających męskimi wnętrznościami lolitek. Niech lśnią i puszą się w swoich godowych wersjach panowie. Należy się nam dawka karnawału. Na balu kostiumowym, na czarownej randce, w boskiej młodzieńczej mistyfikacji, w intymnym teatrzyku, którym odgrywamy brawurową albo skandaliczną rolę dla bliskiej osoby – niech bal trwa. Kostium i rola inspirują, działają ożywczo, budzą do życia zbyt ściszone lub przegapione składniki naszego „ja”. Dlatego aktorzy kochają swój zawód.
Bardzo dobrze jest nie być sobą także wtedy, gdy poprzez prawdziwe wsłuchanie się, poprzez empatię dostrajamy się do czyjejś wrażliwości i wyobraźni i przyjmujemy tak odnaleziony świat za własny.
Znika wtedy samotność i lęk, o których pisał Lowen.
A co do kameleona, zachowując do niego sympatię, bądźmy raczej szarą albo zieloną jaszczurką i kochajmy i szanujmy tę swoją barwę i jej niezmienność.
Jarosław Kusza


-------------------------------------------------



Jarosław Kusza

SZTUKA MROKU

Artykuł opublikowany w kwartalniku „Moda&Styl” nr 1, wiosna 2004

Mrok oświetlił mi światło... Wzrok, to dar czarnoksięski, przewrotny. Wiemy, jak wiele daje, ale czy mamy świadomość, ile zabiera, na jakie iluzje i fatamorgany nas naraża? Przepych tego, co widać, przerasta niedojrzałego dzikusa, jakim jesteśmy. Być może, zajęci bijatyką i wyrywaniem sobie kawałków świata widzialnego, nie bardzo zdajemy sobie sprawę, że nasz lęk, agresja, rywalizacja, porównywanie, pycha i pożądanie z oka pochodzą... .
O, płacz oko nad swoimi winami. Mrok podważył moje bałwochwalcze zaufanie do światła, zakwestionował oczywistość widzenia i wiarygodność tego, co widzialne. Widzenie, to nadmierny, niezasłużony, ofiarowany nam na wyrost dar, a może żart Pana Boga.
A przecież, oko to także chłodny kontroler, hamujący spontaniczność, strażnik pracujący na rzecz naszych lęków, nie dający pożyć cenzor. Mrok postrzegam jako antidotum na dzisiejsze zracjonalizowanie i przeintelektualizowanie, antidotum pozwalające obudzić w nas na nowo, odzyskać podświadomość, intuicję, instynkt, czy inaczej, odnaleźć te nasze cechy, które nigdy nie przedostaną się do porannej gazety, ani do telewizyjnych wiadomości, których tak mało w wieczornej rozmowie utyranego małżeństwa.
Mrok pozwala będącą w powszechnym użytku i słuszną radę „pomyśl, zanim coś zrobisz” dopełnić radą równie ważną: „zrób coś, zanim pomyślisz” – bo bez tego nie da się żyć, nie da się uśmiechnąć, nie da się zdumieć, nie da się być blisko z drugim człowiekiem, nie da się doświadczyć trwającej chwili, nie da się być twórczym.
Mrok odstresowuje i przynosi ulgę, uświadomiłem to sobie wielokrotnie, uczestnicząc w doświadczeniach i eksperymentalnych spektaklach.
Może, w tym naszym prze – cywilizowanym świecie zapalono zbyt wiele lamp, neonów, reflektorów, zachwiano równowagę. Dobra, ciepła, bezpieczna ciemność wycofuje się do rezerwatów.
Na ulicy jesteśmy tylko akwizytorami biegającymi w nadmiernym napięciu i nerwowości za swoimi sprawami, przy czym sprawy te stają się czasem celem samym w sobie, jakby były ważniejsze, niż my sami.
W Mroku to się odwraca...

Sztuka Mroku to wymyślony przeze mnie nowy, nieistniejący dotąd gatunek artystyczny, nad którym pracuję od wielu lat. Oto najważniejsze, choć nie wszystkie jego składniki:
Ciemność, czy może raczej konieczność radzenia sobie w ciemności, „smakowania” ciemności i tego, co ona w nas uruchamia. Inaczej czujemy, myślimy, inna jest percepcja dotykowa, inna relacja ze spotkanym człowiekiem. Inaczej odczuwamy dźwięk. Budzi się wyobraźnia, uruchamia się całe bogactwo wewnętrzne odbiorcy, jego podświadomość, atawizmy... Wyłączenie wzroku budzi nigdy przedtem nie doznawany odbiór rzeczywistości innymi receptorami.
Mrok, to także dotyk. Kluczową rolę odgrywa scenografia dotykowa, będąca zupełnie nowym, niespotykanym dotąd środkiem oddziaływania artystycznego. Odczytywana jest dłońmi, stopami, także poprzez ruch powietrza, wilgotność. Te dotykowe środki wyrazu wynikają oczywiście z treści danej sceny, współtworzą jej dramaturgię i emocjonalne oddziaływanie. Dotyk, to także ograniczone, ale ważne interakcje między uczestnikami. Czasem w Mroku spotykają się nie tylko dwie pary rąk, ale tworzy się kłąb dłoni, pełen wzajemnej czułości i poczucia jedności. Głód prostego bycia razem, może przeprosiny za przeraźliwe odległości między nami na co dzień. Te wzajemne relacje często ludzi zdumiewają, jakby debiutowali w takim spotkaniu.
Trzecim składnikiem jest dźwięk. Myślę, że źródła dźwięku wśród których żyjemy, mimo pozorów związanych z ekspansją techniczną, stanowią listę dość ubogą i schematyczną.
Mrok w pełnej wersji to miejsce wszechobecnego i oryginalnie stosowanego dźwięku. Emitowany jednocześnie z wielu źródeł, „chodzący” za uczestnikiem, bądź taki, którego źródło umieszczone jest w kostiumie wędrującego, wywołuje niezwykłe emocje i tworzy oryginalne sytuacje przestrzenne. Jego sens i oddziaływanie jest ścisłą funkcją fabuły. Na przykład, w pierwszym, napisanym na użytek Sztuki Mroku scenariuszu „Bal na Mokradłach” zamieszkujące Mrok „byty”: Ciemniawki, Wypluski, Chudoryłki, Żyjuchy, zapełniają ciemność właściwymi sobie odgłosami, szeptami, dramatycznymi dialogami, lub pyskówkami. Wielką rolę odgrywają też efekty dźwiękowe. Współtworzą one rytm, nastrój i są równie ważne, jak muzyka.

Realne istnienie Mroku, w postaci Studia Eksperymentalnego w Łodzi, zawdzięczam moim cennym współpracownikom – przede wszystkim Lechowi Kowalczykowi, a także Beacie Tomczyk, Markowi
Pietrzakowi i ostatnio, Iwonie Jędruch.


Jarosław Kusza



-------------------------------------------------



Jarosław Kusza

NIEWIDOMI GOŚCIE SZTUKI MROKU

Artykuł opublikowany w Wydaniu Specjalnym Katalogu „Moda & Styl” Nr 1

Sztukę Mroku zawsze uważałem za koncepcję „pakowną”. Bez wątpliwości, ze sztuką na pierwszym miejscu, ale także z niezwykłymi, choć dotąd będącymi w sferze intuicji i projektów możliwościami terapeutycznymi. Ostatnio w tym zakresie worek się rozwiązał: dyrektor Instytutu Eriksonowskiego w Łodzi, p. Krzysztof Klajs rozważa wykorzystanie Studia „Sztuka Mroku” na użytek różnych form terapii (m. in. przy leczeniu uzależnień i różnych postaci lęku), także, do szkolenia terapeutów.
Obecnie, z inspiracji red. Joanny Wędrychowicz, nawiązaliśmy rozmowy z dyr. Teresą Wrzesińską z Polskiego Związku Niewidomych w Łodzi. Efektem był udział w naszym spektaklu, oprócz osób widzących, także grupy osób niewidomych.
O niewidomych myślę zawsze z pokorą i jakąś nieporadnością. Jednak nie mogę nie myśleć, że w niezgłębionej, tak trudnej tajemnicy ich losu jest jakaś tajemnica właśnie, jakaś przewaga. Spotkanie z życiem, odarte z wielu iluzji, a więc mądrzejsze? Inna, bogatsza wyobraźnia?
Jednym z kluczowych – a nieznanych w innych gatunkach twórczych - elementów Sztuki Mroku jest scenografia dotykowa. Praktycznie, jest to przypominająca labirynt przestrzeń, którą odbiorcy percepują za pośrednictwem zmysłu dotyku, w całkowitej ciemności. Jeden z niewidomych gości – p. Jan Omieciński - po spektaklu relacjonował swoje emocje związane ze scenografią. Opowiedział, że wielokrotnie wracał do tych miejsc, które szczególnie prowokowały jego wyobraźnię, by dokładniej wystudiować napotkane formy i kształty, będące dla niego bodźcami nowymi, zupełnie innymi, niż wszystko, z czym się spotkał w „realnym” życiu. Zarejestrował też szczegóły, które dotąd – przez cały rok! – były pominięte przez wiele grup wędrujących przez ciemność widzących uczestników spektakli. Zdumiała nas także p. Irena Hadler, która pokonywała ze swobodą i lekkością fragmenty trasy, z którymi ze znacznie większym trudem radziły sobie osoby widzące.
Uczestnicy spektakli Mroku często relacjonowali, że zupełnie „wypadli” z rzeczywistości, a codzienne problemy, nieraz poważne, na dwie godziny całkowicie znikały. Ucieszyło mnie bardzo – bo nie musiało tak być - że o uwolnieniu od stresu i całkowitym oderwaniu od codziennych trosk mówiła także p. Hadler i inne niewidome osoby. Nasi goście zgłaszali też chęć uczestniczenia w kolejnych spektaklach, zaintrygowani, jak odczują taką przygodę następnym razem. Na przykład, p. J. Omieciński, który cały czas spędzony w Mroku poświęcił głównie studiowaniu scenografii dotykowej, chciałby podczas następnego spektaklu skoncentrować się na relacjach z ludźmi. Nasi niewidomi goście mieli także ciekawe uwagi o dźwięku - według nich powinien być bardziej zróżnicowany, delikatniejszy, z przewagą efektów naturalnych. Sugerowali także zastosowanie muzyki kameralnej.
Goście Mroku mówili o deficycie sztuki w ich życiu i utrudnionym do niej dostępie. Rozmowy z naszymi gośćmi upewniają mnie, że Mrok może być dla nich autentyczną, unikalną przygodą. Wierzę, że nasze spektakle wychodzą na przeciw szczególnemu uwrażliwieniu osób niewidzących w sferze dotyku, słuchu i wyobraźni oraz, że mogą dostarczyć im wiele radości i niecodziennych emocji.

Jarosław Kusza










 
 
 
 
Jaroslaw Kusza
Piotrkowska 182/167, 90-368 Łódź; tel. komórkowy +48 508 842 999,
e-mail: , www: